O winylkach nie wspomnę
"MP3 kontra imperium. Czyli kiedy audiofil nagle rozumie więcej niż powinien
Są takie momenty w historii, kiedy postęp technologiczny… cofa się z gracją starego gramofonu z wyrobionym paskiem. I właśnie coś takiego obserwujemy dziś w Rosji. Nie, nie chodzi o powrót winylu – to by było zbyt romantyczne. Chodzi o powrót do odtwarzaczy MP3. Takich zwykłych, z plikami na pamięci. Bez chmury, bez streamingu, bez „aktualizacji dostępności katalogu”.
Brzmi jak hipsterski fetysz? Otóż nie.
To polityka.
Od 1 marca weszły tam przepisy zaostrzające kary m.in. za treści związane z narkotykami w muzyce, co w praktyce oznacza czyszczenie katalogów streamingowych i znikanie utworów. I nagle okazuje się, że Spotify, Yandex Music czy inne platformy przestają być biblioteką – a zaczynają być redagowaną gazetą.
A gazeta, jak wiadomo, ma redaktora.
Audiofil wiedział pierwszy (ale nikt go nie słuchał)
Audiofil od lat mówił:
„Plik lokalny to wolność.”
I wszyscy się śmiali. Bo przecież streaming wygodniejszy, bo przecież „wszystko masz w kieszeni”, bo przecież „po co ci te FLAC-i na dysku”.
No to proszę – oto odpowiedź historii: jeśli czegoś nie masz fizycznie (albo przynajmniej lokalnie), to tego nie masz wcale
Rosjanie zaczęli masowo kupować stare odtwarzacze MP3 – często modele z początku lat 2000 (sic!). Bo one mają jedną przewagę nad każdym nowoczesnym streamerem:
nie można im nic usunąć zdalnie.
To jest właśnie ten moment, kiedy budżetowy player z bazaru wygrywa z high-endowym streamerem za kilka tysięcy euro.
DIY-owiec: „A nie mówiłem?”
Dla fanów DIY to sytuacja wręcz ironicznie satysfakcjonująca.
Bo co mówi DIY-owiec?
„Zrób sobie bibliotekę lokalną”
„Nie ufaj platformom”
„Zrób backup”
„Kup NAS-a, a nie abonament”
I nagle okazuje się, że to nie jest paranoja. To jest strategia.
W świecie, gdzie katalog może zostać „poprawiony” politycznie, własna kolekcja FLAC-ów to nie snobizm. To archiwum. To prywatna biblioteka dźwięku, której nikt nie edytuje.
Jakość? O ironio…
Najzabawniejsze (a może najsmutniejsze) jest to, że ten powrót do MP3 wcale nie jest audiofilski.
To nie jest pogoń za jakością.
To jest pogoń za kontrolą nad treścią.
I tu robi się ciekawie, bo nagle audiofil – ten od kabli, jittera i DAC-ów – zaczyna mówić o rzeczach znacznie poważniejszych: kto decyduje, co słyszysz.
kto może zmienić twoją playlistę, czy twoja muzyka jest naprawdę Twoja
To już nie jest dyskusja o bitracie. To jest dyskusja o wolności dostępu do kultury.
Streaming to wygoda. MP3 to suwerenność.
Streaming to luksus – dopóki działa na Twoich warunkach.
Ale w momencie, kiedy ktoś zaczyna „sprzątać” katalog, nagle okazuje się, że:
offline > online
plik > usługa
własność > dostęp
I to jest moment, w którym audiofil przestaje być dziwakiem, a zaczyna być… realistą.
Morał (trochę złośliwy)
Jeśli twoja cała kolekcja muzyczna to lista w aplikacji, to nie jesteś jej właścicielem. Jesteś jej użytkownikiem – na cudzych zasadach.
A użytkownik, jak wiadomo, ma tyle wolności, ile mu zostawi regulamin.
Więc może warto – tak zupełnie nieironicznie – mieć gdzieś w szufladzie:
starego iPoda (czy coś lepszego). MP3 i odtwarzacze multimedialne, folder z FLAC-ami, backup na dysku
Nie dlatego, że brzmi lepiej.
Tylko dlatego, że jutro może już nie brzmieć wcale.
I to jest chyba najbardziej audiofilska refleksja z całej tej historii"