W historii bojów z moim wewnętrznym kapitanem Planetą, który – jak pewnie niektórzy pamiętają – ciągle namawia mnie do ratowania szmelcu z portali aukcyjnych, bezczelnie żerując na tym, że kiedyś tam, parę dekad temu, będąc uczniem technikum albo smarującym chleb nożem studenciną do takich sprzętów wzdychałem, no więc w historii naszych wojen rozsądku (to ja) i serca (kapitan Planeta) nigdy nie było starcia tak epickiego z tak koszmarnym finałem.
Ale po kolei.
Od dłuższego czasu łazi za mną osłuchanie jakiegoś cd sprzed ery tanich przetworników dac typu delta-sigma. Czyli tych na drabince rezystorowej. Kapitan Planeta oczywiście dobrze o tym wie, i skurczybyk kusi. I to jak.
Oczywiście standardowy manewr pt. kup jakiegoś Phillipsa na TDA w świetnym stanie za półtorej tysiaka jest poniżej kapitańskiego honoru, wiadomo, musi to być złom jakiś, rozpad, padaka i do tego za grosze.
Więc kapitan podpycha mi pod nos rozmaite trupy z lat 80. Weź tego, weź tego – mówi.
– Gówno tam – odpowiadam mu żołnierską mową – przecież widzisz, że toto ma laser kręcony tak, że płyty na wylot przepala.
– No to może, chytry dziadu, ten weźmiesz – rzekł któregoś razu kapitan Planeta, pokazując mi Denona DCD-1400. Kalendarzowo z modelem trafił idealnie – 1988 rok, oto dopada mnie wreszcie nieuchronna pełnoletniość, komuna zdycha, zbliża się matura, pamiętacie to uczucie obracania swoimi stopami całej bożej Ziemi?
Wracając. Seria denonów z tamtych lat słynie ze swojej brzydoty, a także pancernej budowy. Na pokładzie laser KSS-152A, orginały jeszcze bywają do zdobycia. Niemniej, ten akurat laser, w odróżnieniu od modeli dwieściecośtam, które zwykle spotyka się w latach 90., jest dość żywotny. I fenomenalnie łatwy do czyszczenia całej optyki z pryzmatem. Jeśli oczywiście trafi się orginał z charakterystyczną blaszaną klapką na spodzie. Tak czy owak, jak głosi stempel na kartce z katalogu poniżej, ten denon to był „Absolute Spitzenklasse”.
– Słuchaj naiwny idioto – mówię do Planety tak, żeby zrozumiał – teraz to przecież złom, puszczał kiedyś młode tłoki lub sisikecz w jakimś hamuburskim burdelu, ruda go już pewnie żre. No i żeby go wyklepać, bo pewnie laser kręcony jak licznik golfa, przydałby się oscyloskop analo...
– Oscyloskop sroskop, bierz – krótko warknął Planeta.
No to wziąłem.
* * *
Groza.
Jeśli stał w hamburskim burdelu, to ten zamtuz musiał być za fenigi. Rysy w panelu na jakieś 2 mm. Szyba zamglona, a gdy udało się odkręcić zardzewiałe śruby ukazał się obraz tego, do czego są naprawdę zdolni Niemcy.
Kołki trzymające spore sprężynowo gumowe amortyzatory (tak, tak, ten sprzęt mimo wagi ma jeszcze amortyzację) – pourywane. Mocowania górnej klapy – tyż. Mało tego – te elementy pourywane, które Teuton widział, próbował skleić kropelką. Paski wyciągnięte jak szlafrok burdelmamy. Groza groza, groza.
– No nareszcie coś co ma sens – oświadczył zachwycony kapitan Planeta na widok tych zniszczeń. – Weno odpal, zobaczmy jak gra.
Nie powiedziałem nic. Z rozpaczy.
* * *
Po dwu godzinach nocnej walki z dość skomplikowanym mechanizmem osadzania docisku płyty (dwie sprężyny i podwójnie podnoszona dźwignia, nie to co te gówienka z magnesikiem na ramce które nastały potem) i kalibracją przełączników krańcowych ta kupa krzywd i nieszczęść ruszyła.
Dobra wiadomość nr 1. Laser nie kręcony, farba na potencjometrze nie ruszona. Płytę wczytał w ułamku sekundy, coś niesamowitego w porównaniu do wszystkich późniejszych mułowatych cedeków, jakie miałem. Rekordzista. Przeskakiwanie utwórów – także błysk. To raz.
Dwa: wcisnąłem słuchawki.
Gra. I to jak. Niby nie jest to TDA, a tylko PCM56P-J, ale różnica w porównaniu do posiadanej obecnie Yamahy jest zauważalna. Gra tak jak powinno grać. Dźwięk nie ma tej, charakterystycznej dla przetworników delta-sigma męczącej pustoty, przez którą przesłuchanie całej płyty staje się męczarnią, tu sobie zwyczajnie gra.
Żadnych audiofilskich popierdywań tu nie będzie – gra, nie męczy, a to już przy dźwięku z cd jest przecież sporo.
No i trzy: Roboty jest od cholery. Kapitan Planeta zachwycony, w sumie – ja chyba też. Mrozy idą i śnieżyce, będzie można się porządnie ogrzać w cieple lutownicy.
Zameldujemy postęp na bieżąco, na razie czekamy na komplet pasków i nieusmażonych rezystorów oraz zenerek do rozbudowanego modułu zasilania (choć transformator jest jeden, to bydlak ma z pięć osobnych zasilaczy). Jest to dość cwano zrobione – trafo jest na osobnej płytce z napięciami wyprowadzonymi na szynę, więc jakbym sobie kiedyś zamarzył dwa trafa (osobne do digi i osobne do analoga) – droga wolna.
Różnica do wyższych modeli z tamtego roku to właśnie dwa trafa, miedziana obudowa i lepszy napęd – zalany w taką ramkę z grubego plastiku imitującego białe lastryko.
Poniżej zdjęcia z tego horroru (pacjent ma wyjęte laserowe serce do osobnego postępowania)
1. Widok ogólny – to poniżej to dno z grubaśnej blachy (1,6 mm) które ma jeszcze naspawane dwie pancerne płytki pod laserem, grube na 7,5 mm. Nawet Niemcy nie dali rady tego zniszczyć:
2: Mała próbka tego, czego jednak zdołali dokonać. Wyłamane elementy, które wyleciały ze środka, na jednym w wsporników widać całą tubkę wysmarkanej kropelki. Zastąpienie tych patyków, na których były zamocowane 2 sprężyny i 2 gumowe widoczne dampery wymagać będzie trochę pomyślunku:
Denon DCD-1400, czyli ostateczny argument za reparacjami z RFN
-
aldek
- Posty: 130
- Rejestracja: 26 sty 2018, 19:08
- Mawis
- Posty: 6708
- Rejestracja: 04 cze 2021, 18:21
- Gramofon: JVC QL-A7
- Lokalizacja: Owczarnia
Re: Denon DCD-1400, czyli ostateczny argument za reparacjami z RFN
Nie myślałeś żeby wydać jakiś tomik tych opowiadań w formie książkowej? Te Twoje relacje, świetne zresztą, przypominają mi troche Kongres futurologiczny S. Lema.
JVC QL-A7 DL-103S JVC Z1S ADC QLM32 MK3 Buphono2 Oled Audiolab 8200a Akai CD1100 JVC XL-E300 Dual CL720
HK21 Nikko STA8080 Namco NSZ333
--------------------------------------------
“𝙶𝚘𝚘𝚍 𝚖𝚞𝚜𝚒𝚌 𝚒𝚜 𝚐𝚘𝚘𝚍 𝚗𝚘 𝚖𝚊𝚝𝚝𝚎𝚛 𝚠𝚑𝚊𝚝 𝚔𝚒𝚗𝚍 𝚘𝚏 𝚖𝚞𝚜𝚒𝚌 𝚒𝚝 𝚒𝚜.”
~ 𝑴𝒊𝒍𝒆𝒔 𝑫𝒂𝒗𝒊𝒔
HK21 Nikko STA8080 Namco NSZ333
--------------------------------------------
“𝙶𝚘𝚘𝚍 𝚖𝚞𝚜𝚒𝚌 𝚒𝚜 𝚐𝚘𝚘𝚍 𝚗𝚘 𝚖𝚊𝚝𝚝𝚎𝚛 𝚠𝚑𝚊𝚝 𝚔𝚒𝚗𝚍 𝚘𝚏 𝚖𝚞𝚜𝚒𝚌 𝚒𝚝 𝚒𝚜.”
~ 𝑴𝒊𝒍𝒆𝒔 𝑫𝒂𝒗𝒊𝒔
- Bacek
- Posty: 4200
- Rejestracja: 04 gru 2013, 22:06
- Gramofon: Kenwood L-07D
- Lokalizacja: Poznań
Re: Denon DCD-1400, czyli ostateczny argument za reparacjami z RFN
Jeżeli te "bolce" nie całe chowają się w gumę a coś miejsca na dole zostaje ((albo guma ma szerszy otwór na dole)) to klejenie super glue plus soda (ew zmieszana z grafitem) powinno dać radę. Zerknij na youtube na przykłady.
Generalnie same oderwane słupki w takich starociach w które wchodzą wkręty, tym sposobem bardzo dobrze się klei.
Klipsch LaScala i analogowo cyfrowa herezja.
-
aldek
- Posty: 130
- Rejestracja: 26 sty 2018, 19:08
Re: Denon DCD-1400, czyli ostateczny argument za reparacjami z RFN
Na razie mamy inny plan – te trzpienie na których osadzone są sprężyny lub te gumowe dampery (są 2 sprężyny i dwa dampery) chcemy zrobić z nagwintowanych tulejek, w które od spodu wkręcimy odpowiednio długie śrubki i skleimy Loctite, by się same nie rozkręciły.
Natomiast resztę wyłamanych rzeczy i ubytków – zrobimy jak radzisz, tym patentem z klejem i sodą
Natomiast resztę wyłamanych rzeczy i ubytków – zrobimy jak radzisz, tym patentem z klejem i sodą
-
aldek
- Posty: 130
- Rejestracja: 26 sty 2018, 19:08
Re: Denon DCD-1400, czyli ostateczny argument za reparacjami z RFN
Umiarkowany progress meldujemy, pacjent ożył po czyszczeniu i smarowaniu laserowego serca, bajpaski też ma nowe, aż z Rajchu trza było zamawiać, o losie.
Zostało jeszcze pospawanie tej pogruchotanej budy, odrdzewienie dna i górnego dekla i gotowe.
Zostało jeszcze pospawanie tej pogruchotanej budy, odrdzewienie dna i górnego dekla i gotowe.
-
aldek
- Posty: 130
- Rejestracja: 26 sty 2018, 19:08
Re: Denon DCD-1400, czyli ostateczny argument za reparacjami z RFN
Koniec prac, denek nie dość że połatany i gra, to jeszcze gra bardzo ładnie, odkrywam bibliotekę swoich cedeków na nowo, jak ja mogłem ich słuchać na tych poekonomizowanych DAC-ach typu delta-sigma (a przetrzepałem tego trochę, masze, probity, akupulsy legaty) – to ja nie wiem.
Bardzo mi się teraz ten dźwięk z tych leciwych PCM-56P-J podoba.
I tak sobie z kapitanem Planetą słuchamy i pomstujemy, jakie te odtwarzacze z przełomu wieku to był chamski rympał gonionego przez księgowego marketingu, aż brak nam słów. Choć po prawdzie, nigdy nie miałem żadnego naprawdę drogiego audiofilskiego odtwarzacza, raczej przysłowiowe „drugie-trzecie od góry” z katalogów japońskich marek, ale i tak chała, jaką ludziom wtedy wciskano – no przechodzi ta chała ludzkie pojęcie. Wszak były prasowe testy, uchy achy, średnice i sprężyste basy, majlsy dejwisy puszczane i pinkiflojdy łotersy w te i we wte, a jak sobie człowiek odegrał kupioną za swoje płytę w domu, to ledwo to końca mógł przesłuchać, taka była męka pustoty i jałowości.
I teraz kapitan Planeta napuszony jak basza rozsiadł się w fotelu i powtarza bez przerwy: – a nie mówiłem ci dziadu, a nie mówiłem?!
No skubany ekodegenerat miał rację, ta łajza śmietnikowa tym razem wypatrzył coś, co cieszy ucho i dało się nawet to naprawić.
Krótkie podsumowanie prac ratowniczych:
Prąd diody sprawdzony, 4,5 proc. wyższy niż na nalepce, plomba nie ruszana, więc tak po prostu mu się z latami porobiło, ale do granicy 10 proc. jeszcze trochę pogra, mam nadzieję. Gajnów trakingów i innych takich nie poprawiałem, błyskawicznie wybiera to i po co. Kilka kondensatorów wymieniłem (w torze audio bipolarne i jakieś jeszcze dwa w serwie). Poprawiłem też wadę konstrukcyjną tych denków – za ciasno polutowane zenery i rezystory szeregowe w zasilaczach, więc laminat skwierczy smażony jak frytki w Mielnie.
Wyłamane rzeczy poklejone klejem henkla do plastiku (tym z aktywatorem) – nawet trzyma, walczył z tym denkiem przeca nie będę, ino słuchał.
Z braków – sprzęt miał taką samą, jak na spodzie, grubaśką dociążąjącą blachę – ino doklejoną do góry obudowy, od wewnątrz. Że była – wypatrzyłem w serwisówce. W tym hamburskim burdelu jeszcze się urwała pewnie, i to ona pogruchotała rzeczy w środku. Kto ją wyrzucił – ot, tajemnica na wieki, może gdzieś tam sobie ktoś chlewik ogacił, żeby nie padało, co się poradzi, niech tam mu służy.
Się jakąś nową dotnie i znów przylepi, jeszcze solidniej będzie. Albo i nie.
Bardzo mi się teraz ten dźwięk z tych leciwych PCM-56P-J podoba.
I tak sobie z kapitanem Planetą słuchamy i pomstujemy, jakie te odtwarzacze z przełomu wieku to był chamski rympał gonionego przez księgowego marketingu, aż brak nam słów. Choć po prawdzie, nigdy nie miałem żadnego naprawdę drogiego audiofilskiego odtwarzacza, raczej przysłowiowe „drugie-trzecie od góry” z katalogów japońskich marek, ale i tak chała, jaką ludziom wtedy wciskano – no przechodzi ta chała ludzkie pojęcie. Wszak były prasowe testy, uchy achy, średnice i sprężyste basy, majlsy dejwisy puszczane i pinkiflojdy łotersy w te i we wte, a jak sobie człowiek odegrał kupioną za swoje płytę w domu, to ledwo to końca mógł przesłuchać, taka była męka pustoty i jałowości.
I teraz kapitan Planeta napuszony jak basza rozsiadł się w fotelu i powtarza bez przerwy: – a nie mówiłem ci dziadu, a nie mówiłem?!
No skubany ekodegenerat miał rację, ta łajza śmietnikowa tym razem wypatrzył coś, co cieszy ucho i dało się nawet to naprawić.
Krótkie podsumowanie prac ratowniczych:
Prąd diody sprawdzony, 4,5 proc. wyższy niż na nalepce, plomba nie ruszana, więc tak po prostu mu się z latami porobiło, ale do granicy 10 proc. jeszcze trochę pogra, mam nadzieję. Gajnów trakingów i innych takich nie poprawiałem, błyskawicznie wybiera to i po co. Kilka kondensatorów wymieniłem (w torze audio bipolarne i jakieś jeszcze dwa w serwie). Poprawiłem też wadę konstrukcyjną tych denków – za ciasno polutowane zenery i rezystory szeregowe w zasilaczach, więc laminat skwierczy smażony jak frytki w Mielnie.
Wyłamane rzeczy poklejone klejem henkla do plastiku (tym z aktywatorem) – nawet trzyma, walczył z tym denkiem przeca nie będę, ino słuchał.
Z braków – sprzęt miał taką samą, jak na spodzie, grubaśką dociążąjącą blachę – ino doklejoną do góry obudowy, od wewnątrz. Że była – wypatrzyłem w serwisówce. W tym hamburskim burdelu jeszcze się urwała pewnie, i to ona pogruchotała rzeczy w środku. Kto ją wyrzucił – ot, tajemnica na wieki, może gdzieś tam sobie ktoś chlewik ogacił, żeby nie padało, co się poradzi, niech tam mu służy.
Się jakąś nową dotnie i znów przylepi, jeszcze solidniej będzie. Albo i nie.