Jazz jest jak wino

ODPOWIEDZ
M_alice
Posty: 3
Rejestracja: 30 kwie 2026, 18:02

Jazz jest jak wino

#1

Post autor: M_alice »

Dla mnie jazz jest jak wino. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wino, im starszy tym lepszy. No może bez przesady i cofania się ponad sto lat wstecz, do epoki dixie i Big Bandów. Dla mnie Jazz zaczął się w latach 40-tych i trwał mniej więcej ćwierć wieku.
Ale drugi powód porównania do wina jest inny.
Wino jak wiadomo występuje w dziesiątkach, albo i setkach tysięcy odmian i gatunków. Różne są kształty i kolory butelek, różne, często bajecznie kolorowe etykiety. Różne smaki, kolory, zapachy… Wspólne mają te wszystkie wina jedno, obrzydliwy smak. Kac po winie też jest potworny. A parafrazując klasyka, nieważne czy piłeś wino za sto tysięcy, czy bełta ze Stonki. R…ga się po nich dokładnie tak samo.
No więc jazz jest jak to wino. Występuje w tysiącach odmian i gatunków. Okładki płyt są często genialne. Tytuły utworów przemawiają do wyobraźni, A sami muzycy?! Jak ktoś ma ksywkę Król, Książe, albo Cannonball, to od razu chcesz kogoś takiego posłuchać.
No chyba, że nie możesz.
Jako dziecko cierpiałem na potworne migreny. W skali od 1 do 10 (gdzie 10 to zgon) takie mocne 7, może nawet 8. Oczywiście nikt wtedy tego nie leczył, podobnie jak nie leczy i dziś. A piszę o tym, ponieważ był jeden z wielu interesujących bodźców wyzwalających ataki bólu, jazz.  A dokładnie to takie tradycyjne trio jazowe (istnieje w ogóle coś takiego?). W tle plumkające niezobowiązująco pianino/fortepian, jakiś koleś z ADHD na garach i na pierwszym planie pier…cy saksofonista. Usłyszeć coś takiego w radiu czy telewizji to był dla mnie koszmar. Migreny z wiekiem mi minęły, ale nawet dziś, kiedy usłyszę taką muzykę, czuję narastający dyskomfort, coś jakby początki tej dawnej migreny. Jazz to dla mnie choroba przenoszona drogą powietrzną.
Po kilkunastu latach ostrożnych eksperymentów smakowych odkryłem, że jest jeden rodzaj wina, które mogę pić bez obrzydzenia. I tak samo odkryłem w końcu ten rodzaj jazzu, którego jestem w stanie słuchać. Generalnie to be bop i cool jazz. Z tym, że to tylko ramy, w których mogę się bardzo ostrożnie poruszać. Nie słucham wszystkiego jak leci. To raczej jak spacer w ogromnym, bardzo obcym lesie i zbieranie grzybów. Większość to kolorowe i trujące okazy. Sporo takich, które może i nie trują, ale są ciężko strawne i niezdrowe. Bardzo rzadko trafia się grzyb szlachetny. Czasem jest to jedna płyta, czasem tylko jeden utwór. Dla mnie takimi płytami są np. KOB , albo Time Out, z tych powszechnie znanych. Ale tak naprawdę cieszy odkrycie czegoś mało znanego. Jak moje ostatnie odkrycie, Art Farmer Septet. Czy to z tej płyty pochodzi motyw przewodni Love Supreme?
A pojedyńcze utwory to na przykład piękna wersja Corcovado na mdłej płycie Quiet Nights, Davis oczywiście.
Większość jazzu, to jednak dla mnie tylko męczący (dosłownie) hałas.
ODPOWIEDZ