Był rok 1990 jak pierwszy raz widziałem pasiekę w lesie... Ule stały w centrum sosnowego lasu, między drewnianymi budkami mistycznie przechadzał się człowiek z dymem w ręce, miałem go wtedy za maga który potrafi okiełznać natrętne pszczoły które tylko czekają na to żeby go użądlić... Jak bardzo się wtedy myliłem
...
2. Żal
Niestety szybko moja dziecięca fascynacja zderzyła się z brutalną rzeczywistością szkolnego boiska. Z okien podstawówki zamiast na tablicę, często zerkałem na pobliskie ogródki działkowe gdzie życie w kilku ulach toczyło się własnym, niespiesznym rytmem. Szczególnie zapamiętałem kolorowy pawilon który wyglądał jak lukrowana chatka z piernika - piękna rzemieślnnicza robota.
Pewnego letniego gorącego dnia natura postanowiła wejść na nasz teren. Wielki, huczący kłąb pszczół który dopiero co opuścił stary ul, uwiązał się nisko na gałęzi ogromnej brzozy w szkolnym parku. Wyglądały jak żywa pulsująca rzeźba. Niestety dla moich rówieśników nie był to cud natury, a cel.
Podczas przerwy grupa chłopaków zaczęła okładać kłąb patykami i ciskać w niego czym popadnie. Pamiętam ten narastający gniew w powietrzu i moment w którym cierpliwość roju się skończyła. Rozjuszone pszczoły ruszyły do ataku a park wypełnił się wrzaskiem uciekających łobuzów. Gdy koledzy zwijali się z bólu i liczyli opuchlizny ja czułem tylko smutek. Nie było mi żal ich piekących uszu czy rąk – było mi żal tych pszczół, które zostały zmuszone do walki o życie i które za każde jedno użądlenie zapłaciły najwyższą cenę. To wtedy zrozumiałem, że to nie one są agresorami a my po prostu nie zawsze potrafimy uszanować ich spokóju.
Napewno to zdarzenie było momentem w którym poczułem że kiedyś stanę po stronie tych wspaniałych owadów i utwierdziło mnie w przekonaniu, że to stworzenia które wymagają zrozumienia a nie strachu.
...