Recenzje

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 07 lut 2012, 23:11

Jako, ze od czasu do czasu pisuje zawodowo /znaczy placa mi za to :mrgreen: / pozwole sobie na kaprys i nieodplatnie czasami cos tutaj umieszcze. To moze zaczniemy od czegos co powstalo w ostanich miesiacach.

Marsalis- Clapton - spotkanie antagonistów?

Wynton Marsali & Eric Clapton – PLAY The Blues ( Live From Jazz At Lincolne Center) 2011


Ciekawa sprawa z tym albumem. Gdy początkiem lat 60-tych brytyjski R&B torował sobie miejsce w klubach Albionu jednocześnie wypierał z nich jazz tradycyjny. Przychodziło nowe, ale stare nie miało ochoty ustąpić. Jednym z przedstawicieli nowego ruchu muzycznego był właśnie Eric Clapton. To on w szeregach The Yarbirds torował drogę muzyce czerpiącej pełnymi garściami z chicagowskiego zelektryfikowanego bluesa. Dominacja dixi w muzyce klubowej przeszła do historii ustępując pola brytyjskiej fali bluesa. Ze starych "tradycjonalistów" jedynie puzonista Chris Barber poczuł nowe i zgrabnie zasymilował brzmienie swojego dixielandu z szorstką estetyką czarnych mistrzów których zapraszał w roli frontmanów własnego combo. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego że końcem roku 2011-go światło dzienne ujrzał album będący w pewnym sensie reminiscencja tamtych czasów. Wynton Marsalis pielęgnujący ostatnimi laty nowoorleańską jazzową tradycję muzyczną zaprasza do współpracy człowieka który jest współodpowiedzialny za zepchnięcie angielskich "tradycyjnych" do katakumb. Jaki jest wynik tego spotkania? Nie od dzisiaj wiadomo, że jazz i blues to para nierozłączna /o tym chyba zapomniano na wyspach w latach wspominanej wcześniej batalii/ . Fenomenalny zespół jazzu tradycyjnego pod wodzą Marsalisa gra bluesy w duchu orkiestr nowoorleańskich. Tematy wszystkim dobrze znane i dziesiątki razy grane. Co więc w tym niezwykłego? A to, że współbrzmienie tego stylu z tym wypracowanym przez Claptona jest stuprocentowe! Panie i panowie okazuje się, ze słynna Layla może zabrzmieć jak rasowe dixi nie tracąc nic z siły swojego przekazu. Brawurowe partie solowe, perfekcyjne aranżacje utworów, lekkość wykonania i świetna forma wokalna tak Claptona, Marsalisa jak i Chrisa Crenshawa każą składać ukłon wszystkim wykonawcom tego zarejestrowanego na płycie koncertu, gdzie jazz tradycyjny i elektryczny blues stanowią jedność. Znamiennym jest też gościnny udział w dwóch utworach Taja Mahala. Jego genialny glos i stylowe banjo dodają kolorytu i tak tęczowej już muzyce. 5/ 5…Inna ocena nie jest możliwa!
Robert Lenert

Awatar użytkownika
motomis
Posty: 124
Rejestracja: 11 lis 2011, 11:22

Recenzje

Postautor: motomis » 08 lut 2012, 11:25

Wolfmother - słucham ich od pierwszej płyty ,australijska kapela rockowa , jedyny taki wokal plus super rify , wokalista został zaproszony przez Slash-a i nagrali 1 kawałek na jego ostatniej płycie ,przy tej muzycy nie bedziesz sie nudzić , szkoda pisania lepiej posłuchać , na winylach w Polsce bardzo drogi. Ponownie na kolana ...


Wolfmother 2005
woman wolfmother
http://www.youtube.com/watch?v=IRsc57nK8mg

Cosmic Egg 2009
New Moon Rising - Wolfmother
http://www.youtube.com/watch?v=b7xgXdJ05IY

Slash - "By The Sword" (feat Andrew Stockdale z Wolfmother)
http://www.youtube.com/watch?v=YwENuEZ7XPc

Slash - jesli chodzi o jego nowa płytę , to naprawde godna ploecenia super produkcja , różnorodne piosenki i woklaisci w tym wymieniony wokalista Wolfmother , Motorhead ,Ozzy Osbourne,Iggy Pop ,Chris Cornell , Fergie , Ian Astbury , Kid Rock, na winylu osiągalny .

Slash - Beautiful Dangerous- feat Fergie jest co posłuchac i na co ZOBACZYĆ !!!
http://www.youtube.com/watch?v=X85UUDhZ ... ure=relmfu
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Awatar użytkownika
Allq
Posty: 5
Rejestracja: 18 lut 2012, 18:29
Lokalizacja: Łódź

Recenzje

Postautor: Allq » 20 lut 2012, 22:18

motomis pisze:Słuchając Black Country Communion , czuję sie jak przy pierwszym przesłuchaniu Led Zeppelin , jak dla mnie NA KOLANA

Zgadzam się w 100% BCC to świetna kapela z gatunku klasycznego hard rocka ;] Chłopaki naprawdę pokazali klasę w albumie zarówno pierwszym jak i drugim. Charakterystyczne brzmienie perkusji zapewnia Jason Bonham, który odziedziczył jego styl gry (pewnie tatuś teraz jest z synka dumny w niebie :D) To wszystko uświadamia mnie w przekonaniu, że współczesna muzyka ma jeszcze szansę się z czasem poprawić i z całego serca liczę na to.

Awatar użytkownika
motomis
Posty: 124
Rejestracja: 11 lis 2011, 11:22

Tito & Tarantula/Cruzados

Postautor: motomis » 28 lut 2012, 13:52

Tito & Tarantula/Cruzados - amerykańska grupa , grająca rocka latynoskiego oraz elementy hard rocka, powstała z inicjatywy muzyka i aktora - Tito Larrivy w Hollywood w roku 1992. Grupa zasłynęła z występu w filmie Roberta Rodrigueza pt. "Od zmierzchu do świtu", jako kapela grająca w barze o nazwie "Titty Twister" grając utwór AFTER DARK a w tej scenie tańczy - warto to zobaczyć -SALMA HAYEK , wokalista Tito śpiewał najpierw w kapeli Cruzados nagrali 2 płyty , ich muzyke wykorzystano takrze w innych filmach - MACHETE oraz PEWNEGO RAZU W MEXYKU , grali koncerty w Polsce 3 razy, byłem na jednym we Wrocławiu masakra sie działa a w utworze AFTER DARK Tito ma zwyczaj wciągać na scen Kobiety i pierwszą wciągnoł moją żone.Na koncercie imprezowalismy z jego córką Lolą , która zapewniła nam wszystkim autografy , a ja mam jeszcze oryginalną kostkę do gitary oraz sporo zdjęc i filmików .Super muzyka i muzycy no i Wielce Zacna Basistka pod wzgledem gry i wyglądu , szkoda że takdługo nie nagrywają nowej płyty .

http://allegro.pl/cruzados-after-dark-tito-and-tarantula-i2257453219.html
cruzados bed of lies
http://www.youtube.com/watch?v=sQNQfAQ5MMs

Mój ulubiony kawałek Tito & Tarantula, Dead Person
http://www.youtube.com/watch?v=Znh1bYTwOWA

Salma Hayek - From Dusk Till Dawn ; Tito & Tarantula - After Dark
http://www.youtube.com/watch?v=Hk0tHeot ... re=related

Cruzados 1985
After Dark 1987

Tarantism 1997
Hungry Sally & Other Killer Lullabies 1999
Little Bitch 2000
Andalucia 2002
Back into the Darkness 2008
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Ostatnio zmieniony 07 kwie 2012, 16:24 przez motomis, łącznie zmieniany 3 razy.

Awatar użytkownika
Wojtek
Administrator
Posty: 22471
Rejestracja: 02 lut 2009, 02:59
Lokalizacja: Warszawa

Recenzje

Postautor: Wojtek » 28 lut 2012, 14:24

Ja nie wiem czy to jest recenzja jakiegoś konkretnego albumu, opowieść z przygody koncertowej czy też po prostu przedstawienie zespołu, ale bez recenzji? :)
Tubylcza wredota, tudzież insza kanalia
Wsparcie finansowe dla forum

Awatar użytkownika
kaZ
Posty: 1998
Rejestracja: 15 lut 2010, 22:22
Lokalizacja: 265 km od Łodzi

Recenzje

Postautor: kaZ » 28 lut 2012, 22:24

Co by to nie było to u mnie wspomnienia też odżyły.Widziałem ich 2 razy i było świetnie. :)
Mój kolega omało nie dostał ode mnie po zębach za to powiedział ,że basistka jest gruba.Kretyn...
"Bardzo lubię piosenki,
i różne inne dźwięki
szczególnie jak mnie co wzruszy
rzuca mnie się na uszy "

Awatar użytkownika
motomis
Posty: 124
Rejestracja: 11 lis 2011, 11:22

Recenzje

Postautor: motomis » 29 lut 2012, 20:53

Najlepszą recenzją bedzie przesłuchanie ich muzyki , uważam sie za człowieka spontanicznego , dlatego też wspomniałem o innych aspektach ZWIĄZANYCH Z zespołem , czy na tym forum - wszedzie i wszystkiego , wszyscy się czepiają ?

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Re: Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 12 kwie 2012, 23:43

The Black Keys – El Camino
Sledzę karierę tej formacji od roku jej debiutu. Pierwsze albumy nagrywane dla wytwórni Fat Possum przedstawiały surowy punk-bluesowy duet, który słusznie porównywało się do nieco starszych The White Stripes, prekursora tego typu grania. Musze stwierdzić , że większą sympatia darzyłem The Black Keys mimo, że to oni byli ci drudzy. W moim odczuciu te dwa gitarowo-perkusyjne duety rywalizowały ze sobą na podobnych zasadach jak to miało miejsce w latach sześćdziesiątych w przypadku The Beatles i The Rolling Stones. Po zmianie wytwórni muzyka The Black Keys uległa pewnemu okiełznaniu i wzbogaceniu formalnemu. Do głosu dochodzą dodatkowe instrumenty i chórki. Garażowe brudne brzmienie powoli odchodzi w niepamięć. Analogicznie jest w przypadku najnowszej płyty. Jedenaście zwartych a do tego znakomitych kompozycji czerpie pełnymi garściami raz to z estetyki punkowych The Ramones, raz ze szczytowych osiągnięć ery glam rocka z czasów gdy bohaterem tego nurtu był David Bowie . Pojawia się tez zgrabna stylizacja ala Led Zeppelin. Co ważne nie ma tutaj mowy o kalkowaniu, to bardzo twórcze odniesienia do tradycji . Można też pokusić się o stwierdzenie, ze najnowszy krążek The Black Keys ma coś z ducha wczesnych płyt The Rolling Stones. Myślę tutaj zwłaszcza o przebojowości. W zasadzie każdy z nowych utworów śmiało może być hitem. To coś jak zestaw jedenastu singli zebranych na jednym krążku. Co ciekawe zespół wyrastający z tradycji bluesa zaczyna błyszczeć światłem gwiazdy w momencie gdy wyraźnie skłania się w stronę rock and rolla. Czyli historia zatacza koło. Trochę to daje do myślenia.
Robert Lenert
PS. Powyzsze dostepne w formie drukowanej w najnowszym TB.

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Re: Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 03 cze 2012, 21:23

Keb’ Mo’ –The Reflection
Czasami się zastanawiam, czy wkładanie muzyki tego artysty do szufladki z napisem blues jest dobrym rozwiązaniem na promocję jego sztuki. Gdy Keb’ Mo” wcielił się w pamiętnym filmie w rolę Roberta Johnsona i brawurowo wykonał jego bluesy nagle krytycy okrzyknęli tego soulująco-jazzującego gitarzystę i wokalistę bluesmanem. Czy słusznie? Owszem na swoich płytach nigdy nie stronił od elementów tego gatunku, jednak w moim odczuciu bliżej mu do Stevie Wondera ( z czasów jego największej kreatywności- lata 70-siąte) niż do Howlin’ Wolfa. Album Reflection nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do zawartości stylistycznej. To piękne soulowe, chwilami lekko jazzujące piosenki wykonane perfekcyjnie i refleksyjnie tak jak sugeruje tytuł. Materiał jest wygładzony i bezproblemowo może być grany w komercyjnych stacjach radiowych, choć szczerze wątpię, że te stacje zagrają coś tak wysmakowanego i jednocześnie nie pozbawionego chwytliwości. Obym się mylił. Keb sam odpowiada za produkcję muzyczną . Co więcej, album został nagrany dla jego własnej oficyny wydawniczej. Większa część materiału jest autorstwa Kevina Moore (prawdziwe nazwisko artysty). Gościnnie w nagraniach uczestniczyła świetna i mocno popularna współczesna wokalistka soulowa ( czy jak się obecnie określa ten styl R&B ) India Arie. Należy dodać , że głos K.M. znakomicie współbrzmi z wokalem Arie. Zaproszenie przyjął też ceniony popowy saksofonista Dave Koz. Czy Keb’ Mo’ na stałe rozbratał się z gigantem Sony dla którego do tej pory nagrywał? Jeśli tak, to najnowszy album może być manifestem niezależności artystycznej.
Robert Lenert

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Re: Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 22 lis 2012, 21:22

HAZMAT MODINE – Cicada.
Miałem okazję recenzować na łamach Twojego Bluesa debiut płytowy tej interesującej formacji. Teraz przyszła kolej na ich najnowszy album z 2011 roku Cicada. Bezsprzecznie są jednym z oryginalniejszych zespołów w Nowym Jorku, choć najnowszy album w moim odczuciu nie jest tak nowatorski jak debiut. Mamy oczywiście charakterystyczne dla nich połączenie bluesa, reggae, muzyki klezmerskiej i cygańskiej a nawet pewne zabarwienie country. Jednak to co dominuje na Cicadzie to soul odwołujący się raz do dokonań legendarnych War, raz do brzmienia wytwórni Stax, ze wskazaniem na Otisa Reddinga. Zresztą znamiennym jest sięgniecie przez Wade Schurmana i jego kolektyw po jeden z flagowców Reddinga jakim jest „I’ve Been Lonely For So Long”. Podobnie jak na pierwszym albumie nie brakuje pojedynków harmonijkowych Wade Schumana i jego sparing partnera Billa Barretta, ale tym razem są one bardziej zwarte. Nie zabrakło też funkującej tuby Josepha Daley’a. Gitarzyści Michael Gomez i Pete Smith, trębaczka Pam Fleming, perkusista Rich Huntley stają na wysokości zadania. Znamienici goście w postaci Kronos Quartet, Natalie Merchant i Gangbe Brass Band nie są marketingowym dodatkiem, lecz faktycznie wnoszą własne ja. Mieszanie gatunków, wykorzystanie instrumentów, takich jak sheng, claviola ,cymbały rumuńskie do tego nośne kompozycje powodują, że płyta magnetyzuje. Zastanawiam się który z albumów wyżej cenię. Debiutancki Bahamut czy najnowszy Cicada? Odpowiedź nie jest prosta. Bahamut poraził mnie nowatorstwem , natomiast Cicada kompozycjami i soulowością pomimo swojej jak na Hazmatów tradycyjności. Fakt faktem Hazmat Modine wydał w roku 2011 świetny krążek!
Robert Lenert

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 22 lis 2012, 21:26

Layla Zoe „Sleep Little Girl”
Wewnątrz okładki umieszczona jest wielokrotnie składana wkładka z wszelkimi niezbędnymi informacjami , dotyczącymi również inspiracji jakimi kierowała się autorka tekstów i linii melodycznych piosenek. Linii melodycznych, bo zgodnie z informacją muzykę do której wymyślono te linie skomponował Henrick Freischlader gitarzysta, basista i perkusista , który zagrał większość dźwięków na tej płycie, wspomagany tylko przez organistę Moritza Fuhrhopa. W tej wkładce jest tylko jedna stara fotografia przedstawiająca długowłosego jegomościa ery Woodstoc z gitarą, grającego cos maleńkiej, może dwuletniej dziewczynce. Podpis pod zdjęciem głosi: „ten album dedykuje mojemu tacie, który pokazał mi na czym polega prawdziwe piękno muzyki , gdy byłam jeszcze małą dziewczynką”. Jak słychać lekcje taty nie poszły na marne. Kanadyjska wokalistka nazywana przez wielu „reinkarnacją Janis Joplin” wie co to szczerość, ekspresja, uczucie, piękno dźwięków samo w sobie. Świetne warunki głosowe, poparte dużymi umiejętnościami, ciekawe kompozycje z polotem wykonane przez towarzyszących muzyków nie pozwalają przejść obojętnie obok tego albumu . Ktoś może się czepiać, że to staroświecka muza z przełomu 60/70 zbyt wyraźnie nawiązująca do dokonań Janis, ale ja odpowiem mu tak. To co słyszysz to prawdziwa muzyka, bez kalkulacji, bez umizgiwania się. Słyszysz to piękno? Nie bywam zwolennikiem skansenów muzycznych, ale w tym przypadku „kupuje” Layle Zoe bez mrugnięcia okiem. Ostanie dźwięki właśnie wybrzmiały. Ponownie naciskam start, by usłyszeć piorunujące otwarcie tego krążka, kompozycję „ I’ve Been Down”.
Robert Lenert

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 30 maja 2013, 21:33

Hugo Race Fatalist – We Never Hand Control - ukazało sie koncem 2012 roku na kolorowym winylu

Hugo Race to artysta niezwykły, aktywny od lat 80-tych na australijskiej scenie post-punkowej. Niegdyś w składzie Bad Seeds, Lider True Spirit, z którym nagrał kilkanaście płyt . Nowy album firmuje razem z włoskim zespołem Fatalist . Jest to zbiór wokalno instrumentalnych utworów o bluesowo-post-punkowej preferencji. Akustyczne i elektryczne instrumenty mierzą się tu z analogowymi brzmieniami w rozległych przestrzeniach dźwiękowych. Hugo zadziwia tu połączeniem dramatyzmu i melancholii, brutalności i piękna. Jego transowy blues pozostaje – ale jakby trochę ukryty. Charakterystyczną cechą albumu jest specyficzna afrykańska pulsacja. Nie jest ona nachalna, raczej dyskretnie schowana a mimo to stale obecna. Muzyka ma też coś z ducha słynnej „Nebraski” Bruce Springsteena . Elektryczna i stalowa gitara, balafon, skrzypce, wiolonczela , bas, różne instrumenty perkusyjne, przydymiony mroczny wokal lidera wspierany dyskretnie glosami Vicki Brown, Hellhound Brown oraz Catherine Graindorge otoczony czasami brzmieniem błądzących w przestrzeni syntezatorów tworzy niepowtarzalny w pewnym sensie spirytystyczny klimat . Słuchając tych dźwięków mam nieodparte skojarzenia z szybowaniem w przestworzach, unoszeniem się na wietrze , bądź lewitacją. Na tle tych eterycznych obrazów muzycznych Hugo Race snuje swoje przepięknie melodie. Pieśni pełne zadumy a może i smutku. W osobach Antonio Gamentieri, Diego Sapignoli, Franko Naddei, Francesco Giampaoli czyli trzonu Fatalist i wymienionych wyżej pań Hugo znalazł wręcz perfekcyjnych kompanów do realizacji swoich muzycznych wizji. Cudowna płyta!
Robert Lenert

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 10 mar 2014, 20:14

Dawno tutaj nie pisano.... a w zasadzie , to ja nie pisałem. Pora nadrobić.

The Stranglers "No More Heroes"

The Stranglers to grupa brytyjska utworzona w roku 1974 w Chiddingford ( hrabstwo Surrey). Skład zespołu wykrystalizował się w maju 1975.
Hugh Cornwell - gitara , śpiew
Dave Greenfield - instrumenty klawiszowe, śpiew
Jean - Jacquws Burnel - gitara basowa, śpiew
Jet Black ( właściwie Brian Duffy)- perkusja, instrumenty perkusyjne

Koniec lat siedemdziesiątych na brytyjskiej scenie rockowej to okres dominacji zespołów punk rockowych pokroju Sex Pistols, The Clash, The Jam i właśnie The Stranglers. „No More Heroes” jest drugim albumem tej formacji. O ile pierwsza płyta zespołu była kamieniem milowym, zbuntowanego, aroganckiego, archetypowego punku o tyle to wydawnictwo zachowując energie debiutu zdefiniowało muzykę , którą można określić mianem art-punku. W odróżnieniu choćby od Sex Pistols członkowie The Stranglers legitymowali się wieloletnim doświadczeniem muzycznym i estradowym, no i ich średnia wieku była sporo wyższa niż ta u konkurencji. Ponadto bardzo ważną rolę w brzmieniu formacji odgrywały instrumenty klawiszowe mocno niepopularne wśród innych punk-rockowców . Strona rytmiczna utworów też odbiegała od punkowych standardów. Była zdecydowanie bardziej skomplikowana mimo swojej wyczuwalnej mocnej motoryki. Partie klawiszy cechowała wirtuozeria i estetyka której blisko do dokonań Ray,a Manzarka klawiszowca legendarnych The Doors. Płytę zdominowały atrakcyjne piosenki w tradycyjnym stylu, wykonywane jednak z punkową gwałtownością. Wszystkie utwory opracowano w sposób wzmagający wrażenie ruchu. Umiejętne zagęszczenie faktury, bogactwo brzmień, znakomite operowanie kontrapunktem, frapujący jakby mroźny klimat dźwiękowy to wyróżniki stylu formacji. Do tego jakaś nie do końca definiowalna więź z muzyka The Doors. "No more Heroes" jest albumem uwodzicielskim i artystycznie spełnionym. Najbardziej przebojowe oblicze The Stranglers pokazują na "No More Heroes" głównie utwór tytułowy oraz „Something Better Change” i” English Towns”. Zresztą pierwszy dotarł nawet do ósmego miejsca na angielskiej liście przebojów, drugi uplasował się o oczko niżej. Trzeci niestety nie został wydany na singlu a szkoda. Powodem takiej decyzji podjętej przez macierzystą oficynę był najprawdopodobniej zbyt krytyczny tekst utworu traktujący o angielskim społeczeństwie. Płyta ukazała się w 1977 roku, nakładem wytwórni United Artist. Producentem był Martin Rushent. W tym też roku w zestawieniu płyt długogrających album zajął drugą pozycję na brytyjskiej liście. "No More Heroes" na trwałe zapisał się w kanonie muzyki rockowej. Pozycja obowiązkowa w kolekcji każdego szanującego się rockfana.
Robert Lenert

kielek
Posty: 3026
Rejestracja: 05 paź 2011, 08:34
Lokalizacja: Gdynia

Recenzje

Postautor: kielek » 10 mar 2014, 21:42

Szacun Robert ;) To moja kultowa kapela od 30 lat. :D

Awatar użytkownika
pkosela
Posty: 94
Rejestracja: 13 wrz 2013, 12:39

Recenzje

Postautor: pkosela » 10 mar 2014, 21:45

Mnie jakoś Stranglers ominęło (może z wyjątkiem późniejszych kawałków, a to za sprawą LP3 ;) ) i tak się przymierzam o długiego już czasu, żeby się zapoznać, bo to podobno wstyd nie znać ;), więc dziękuję za impuls... Może czas się wreszcie rozejrzeć za płytami...


Wróć do „Pop/Rock”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Common Crawl [Crawler] i 0 gości