Recenzje

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 11 mar 2014, 00:52

Kolejny klasyk.

The Velvet Underground - The Velvet Underground and Nico (1967r.)
The Velvet Underground - amerykański zespół rockowy w którego skład wchodzili studenci uczelni artystycznych, będący przedstawicielem awangardy rockowej . Grupa działając na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku wpisała się w nurt pop artu, będąc tego ruchu najwybitniejszym muzycznym przedstawicielem. Teksty utworów zespołu odgrywały wielką rolę w muzyce. Bardzo poetyckie i często bulwersujące propagowały idee współczesnego, lewicującego i dotkniętego obyczajową rewolucją środowiska młodych intelektualistów. Opiekunem artystycznym grupy i autorem projektów graficznych okładek albumów był jeden z najbardziej znanych przedstawicieli sztuki pop-artu Andy Warhol. Liderem grupy, znanym z późniejszej kariery solowej był wokalista i gitarzysta Lou Reed. W 1996 grupa została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame.
Najsłynniejszy skład:
John Cale - instrumenty klawiszowe, wiolonczela, altówka, gitara
Nico - śpiew
Lou Reed - gitara, śpiew
Maureen Tucker - perkusja
Sterling Morrison - gitara basowa, śpiew

Wynikiem współpracy z Warholem była debiutancka płyta zespołu ozdobiona przez niego wizerunkiem banana. Artysta zainspirował też teksty kilku utworów i wprowadził do składu zespołu swoja podopieczną Nico. Według informacji zawartej na kopercie albumu był też producentem. Mija się to jednak z prawdą. Odpowiadał on raczej za atmosferę całości, natomiast pracę producentów wykonali Norman Dolph ( anonimowo) i Tom Wilson. „The Velvet Underground and Nico” to ponury odpowiednik optymizmu Zachodniego Wybrzeża USA konca lat 60 reprezentowanego między innymi przez takie formacje jak Mamas and Papas czy The Beach Boys. Kompozytorem lub współkompozytorem utworów i autorem wszystkich tekstów był Lou Reed. Brzmienie albumu jest szorstkie. Nie jest to dziwne, bo sesja nagraniowa trwała zaledwie osiem godzin! To brzmienie lo-fi ( przeciwieństwo hi-fi) w połączeniu z cwaniackimi tekstami Reeda wprowadziły niepokojący klimat do rock&rolla. Kompozycja „Heroin” jest amoralną rozprawą na temat tytułowego narkotyku, „Venus In Furs” to z kolei zmysłowy pean dla sadomasochizmu ozdobiony niesamowita altówka Cale’a, raz delikatna a raz tnącą jak bicz. Repertuar albumu robi wrażenie przeglądu stylistyk obowiązujących w muzyce końca lat sześćdziesiątych od folku w klimacie Dylana po rock psychodeliczny oparty na modalnych skalach charakterystycznych dla hinduskiej tradycji muzycznej. W wielu nagraniach pojawiło się tez spiętrzenie ostrych dysonansów i deformacji brzmienia. Te gitarowe „brudy” często są zestawiane z jakby martwymi stojącymi dźwiękami elektrycznej altówki i fortepianu przywodzącymi na myśl współczesną awangardową kameralistykę. The Velvets umieli też pisać sielankowo piękną i bardzo przystępna muzykę. Choćby otwierający płytę „Sundey Morning” lub „Tomorrow’s Parties”. Zestawienia tak kontrastujących utworów miało swoje uzasadnienie w tekstach. Ze zdumiewającą w tych czasach otwartością mówiły o narkomanii, deprawacji nieletnich. Można powiedzieć, że wraz z ukazaniem się pierwszej płyty Velvet Underground muzyka rockowa utraciła swoją niewinność. Ten historyczny album po dzień dzisiejszy szokuje i jednocześnie zachwyca.
Robert Lenert

eenneell
Posty: 4157
Rejestracja: 25 maja 2011, 22:18
Lokalizacja: K-ków

Recenzje

Postautor: eenneell » 11 mar 2014, 21:50

Nareszcie COŚ :!: :idea:
Już mało brakowało by Forum stało się forum od kupowania gramofonów, wkładek i brumienia :mrgreen:

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 13 mar 2014, 11:58

The Beatles „Abbey Road”

Album Abbey Road to arcydzieło powstałe w studiach nagraniowych mieszczących się przy tej ulicy a wydane w roku 1969 na winylu przez wytwórnie Apple (której label zdobi dorodne jabłko) będącą własnością zespołu. W tym czasie popularność The Beatles była poza zasięgiem jakiejkolwiek grupy muzycznej na świecie, włączając w to ich głównych konkurentów The Rolling Stones. Mimo takiej pozycji grupa nie spoczęła na laurach i zamiast odcinać kupony od sławy i grać koncerty na stutysięcznych stadionach bądź pojawiać się w znakomicie płatnych reklamach telewizyjnych zamknęła się w studio, by pracować nad nowym materiałem. Efektem tej pracy jest omawiana płyta. Otwiera ją fenomenalna, oparta na nośnym funk-bluesowym riffie kompozycja Johna Lennona „Come Together” a wieńczy cudowna dwudziestotrzysekundowa akustyczna miniatura „Hey Maestry” skomponowana i wykonana przez Paula McCartney’a. Ta klamra okala bardzo różnorodny materiał znajdujący się pomiędzy tymi utworami. Obok wodewilowego „ Maxwell’s Siver Hammer” , progresywno- bluesrockowego „I Want You (She So Heavy), pogodnego “Here Comes The Sun” mamy zagrany niemal z hardrockową ekspresją “The End”. Nie brakuje też innych wpływów . Jednak pomimo tego rozrzutu stylistycznego otrzymujemy spójne i bardzo przemyślane dzieło. To niesamowite, że zaledwie sześć lat od debiutu muzycy osiągnęli tak nieprawdopodobną dojrzałość artystyczną. Dodajmy do tego fakt, że w roku 1969 żaden z „liverpoolskiej czwórki” nie dobiegł jeszcze trzydziestki. W owym czasie na gruncie prywatnym nie działo się w The Beatles dobrze. Narastały starcia między muzykami. Okazało się jednak, że ambicjonalne rozgrywki wyzwoliły z nich wszystkich nieprawdopodobny potencjał twórczy. Muzyka mieni się od barw i niuansów. Raz zaskakuje rewolucyjnymi rozwiązaniami harmonicznymi, raz ujmuje najczystszym sielankowym pięknem . Tutaj nie ma słabego utworu, ba tutaj są wyłącznie genialne kompozycje! Wystarczy posłuchać skocznego „Octopus Garden” autorstwa Ringo Stara czy nieco nostalgicznego napisanego przez George Harrisona „Something” by przekonać się o tym nausznie. Abbey Road to dzieło skończone, dzieło perfekcyjne, dzieło ponadczasowe, ponadpokoleniowe i ponadgatunkowe. Słuchaczu jeśli nie znasz tej płyty sięgnij po nią koniecznie. Piękno zaklęte w dźwiękach nosi imię Abbey Road The Beatles.
Robert Lenert

Awatar użytkownika
zoombie
Posty: 1028
Rejestracja: 06 maja 2013, 21:36
Lokalizacja: Dublin

Recenzje

Postautor: zoombie » 13 mar 2014, 19:44

Robert007Lenert pisze:Abbey Road to dzieło skończone, dzieło perfekcyjne, dzieło ponadczasowe, ponadpokoleniowe i ponadgatunkowe. Słuchaczu jeśli nie znasz tej płyty sięgnij po nią koniecznie. Piękno zaklęte w dźwiękach nosi imię Abbey Road The Beatles.
Robert Lenert

Howgh!

Awatar użytkownika
Boguś
Posty: 127
Rejestracja: 02 sty 2014, 09:53

Recenzje

Postautor: Boguś » 13 mar 2014, 22:11

Jakoś tak nie wypada pisać o płytach, które są n i e t y k a l n e .
A co do VU&N, to produkcja Warhola polegała na włączeniu rec., kiedy grali ;).
I jeszcze taka ciekawostka: po wyjęciu płyty z opakowania ukazywał się środek banana bez skórki. Różowy :D.
(∞).

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 13 mar 2014, 22:34

Chcesz powiedzieć, że nie mam prawa wykonywać swojej pracy? :mrgreen:

Awatar użytkownika
Boguś
Posty: 127
Rejestracja: 02 sty 2014, 09:53

Recenzje

Postautor: Boguś » 13 mar 2014, 22:55

Nie, wręcz przeciwnie ;).
Po prostu ten album to jeden z kilku, które są kuloodporne, nietykalne, nazywajcie to jak chcecie, wiadomo o co chodzi 8-).
Ja po pierwszym przesłuchaniu nie za bardzo wiedziałem, co by można o nim powiedzieć. Przesłuchań mam już za sobą kilkadziesiąt a jakby mnie ktoś zapytał o co chodzi, to trochę wata w ustach :|.
Natomiast bardzo mi się podobało to, co kiedyś napisał Piotr Kowalczyk w czasopiśmie Zine: "Ekstatyczne "Yeah yeah yeah" na wysokości 0:17 i 0:38 w "Polythene Pam" brzmi jak definiujący moment w historii rocka. Z takich momentów składa się całe "Abbey Road"."
(∞).

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 13 mar 2014, 23:54

No to jedziemy po "kuloodpornych".

Brooker T. And M.G.s – Green Onions

Ten album wydany w roku 1962 nakładem zasłużonej dla soulu amerykańskiej wytwórni Stax jest sporym ewenementem w historii szeroko rozumianej muzyki rockowej . Grupa Brooker T. And M.G.s powstała w 1961 w Memphis w stanie Tennesee (drugi człon nazwy stanowił inicjały The Memphis Group). Założył ją Brooker T. Jones organista, pianista, basista, klarnecista , trębacz i wokalista. Jones był gruntownie wykształconym muzykiem, kompozytorem, aranżerem i producentem nagrań. Do współpracy zaprosił znakomitego gitarzystę Steve Croppera ( współtwórcę przebojów Otisa Reddinga , Wilsona Picketta , Arethy Franklin oraz cenionego realizatora nagrań współpracującego z Stax Records), świetnego sesyjnego basistę Donalda „Duck” Dana ( obaj wiele lat później stają się podporą The Blues Brothers) i cenionego perkusistę Ala Jacksona. Wszyscy czterej muzycy uczestniczyli w nagraniach artystów związanych z firmą Stax – Reddinga, Picketta, Carli Thomas, Rufusa Thomasa, duetu Sam and Dave, że wymienię tylko najważniejszych. Znakomite umiejętności oraz ogromne doświadczenie studyjne i estradowe wpłynęło na niebotyczny poziom artystyczny albumu „Green Onions”. Jak już wcześniej pisałem płyta ta była pewnym ewenementem w świecie rocka, bluesa i soulu. Mianowicie zawierała wyłącznie materiał instrumentalny i mimo, że wymienione wcześniej gatunki są zdominowane przez muzykę instrumentalno wokalną odniosła wielki sukces komercyjny! Tytułowe nagranie, będące hitem dużego formatu powstało podczas jamu gdy zespół rozgrzewał się w studio czekając na właściwą sesję nagraniową. Owocem tej improwizacji był utwór utrzymany w konwencji soul-bluesa, oparty na fenomenalnym riffie organowym, który do dzisiaj jest namiętnie kopiowany przez niezliczone rzesze wykonawców z kręgu rocka i bluesa. Obok autorskiego materiału płyta zawiera też bardzo oryginalne adaptacje cudzych kompozycji (np. I Got A Woman, Twist And Shout, czy One Who Really Loves You). Zwarty i bardzo treściwy materiał czerpiący z bluesa oraz soul-rockowej fuzji brzmiał w owych latach wręcz niesamowicie. Kapitalne organowe riffy podparte znakomicie pulsującą sekcją , przecinane kąsającą gitarą Croppera stały się kanonem muzyki rozrywkowej. Inspirowały formacje tej klasy co The Allman Brothers Band , czy Deep Purple. Proszę posłuchać “zielonych cebulek”, lektura obowiązkowa. I jeszcze taka ciekawostka na koniec. Steve Copper i Donald „Duck” Dan byli białymi nagrywającymi dla wytwórni Stax wydającej wyłącznie czarną muzykę.
Robert Lenert
Ostatnio zmieniony 17 maja 2014, 01:09 przez Robert007Lenert, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Re: Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 14 maja 2014, 02:31

Joni Mitchell - Clouds

„Nie ufaj nikomu po 30-tce” – tak mawiała pod koniec lat 60 Joni Mitchell. W owym czasie ta kanadyjska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, gitarzystka i malarka była jedną z największych osobistości muzyki i kultury hippisowskiej. Należała do „kanadyjskiego zaciągu” muzyki folk-rockowej, obok Neila Younga i zespołu The Band. Te słynne słowa, wypowiedziane przez Joni odnosiły się nie tyle do samej bariery 30 lat, co raczej do pokolenia „tatusiów”, naznaczonego wojną, polowań na komunistów i ogólnego nieprzystawania do napierającej nowoczesności. Mitchell, to chyba najbardziej niedoceniona ( mimo bardzo znaczących komercyjnych sukcesów) artystka kontrkultury lat 60. Chyba sama w pewien sposób jest temu winna. Górowała nad współczesnymi wyobraźnią muzyczną tworząc nieszablonowe harmonicznie piosenki. Jej intrygujący głos w połączeniu ze znakomitą grą na gitarze (W 2003 została sklasyfikowana na 72. miejscu listy 100 najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone) z jednej strony czarował z drugiej wymagał od słuchacza otwartości na nowe wartości i pewne odniesienia nie tylko do folk-rocka, ale i jazzu nowoczesnego. Omawiany album to druga płyta w jej bogatej dyskografii. Delikatna, zwiewna muzyka oparta głównie na akustycznych gitarowych brzmieniach i znakomitych partiach wokalnych wykonywanych wysokim bardzo charakterystycznym głosem. Piosenki mimo złożonej budowy formalnej jawią sie jako przystępne , pełne ciepła i melancholii ballady. Niesamowite w swoim pomyśle sekwencje akordów są chyba najbardziej niezwykle w całej historii muzyki pop. Wszystkie te elementy powodują wielką siłę sprawczą tej muzyki. Przedostatni utwór na płycie jest zaśpiewany acapella . Te kilka minut wokalu bez instrumentów pokazuje niesamowity potencjał wykonawczy naszej bohaterki. Ta pieśń to przejmujący protest song . Materiał zawarty na „Clouds” wymaga od słuchacza skupienia. Nie jest to muzyka tła. Ta płyta nie nadaje się do takich celów. Joni Mitchell jest czynna artystycznie do dzisiaj i ma w swoim dorobku kilkanaście fenomenalnych albumów. Ja proponuję państwu na początek przygody z jej sztuką właśnie tę pozycję. Rzeczy późniejsze może i są bardziej dojrzałe i penetrują rozleglejsze obszary muzyczne łącznie z jazzem, ale emocjonalność „Clouds” sprawia, że to jest dobre otwarcie.
Ps. W 1997 Joni Mitchell została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame. Okładkę omawianej płyty zdobi autoportret artystki.
Robert Lenert

Awatar użytkownika
Boguś
Posty: 127
Rejestracja: 02 sty 2014, 09:53

Recenzje

Postautor: Boguś » 15 maja 2014, 20:49

Gdzie tu można dać lajka ;)?
(∞).

Awatar użytkownika
JacK
Posty: 2472
Rejestracja: 12 kwie 2011, 11:30
Gramofon: Kuzma Stabi S
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Recenzje

Postautor: JacK » 16 maja 2014, 19:39

Po takiej rekomendacji, myślę spróbuje raz jeszcze posłuchać, dam Joni Mitchell szanse... niestety nadal mnie nudzi.
Kuzma Stabi S, Rega RB300, Dynavector DV - 10X5, Sonneteer's Sedley (first edition), AVM Competition, B&W CDM1NT

Awatar użytkownika
motown
Posty: 766
Rejestracja: 31 sie 2011, 20:07

Re: Recenzje

Postautor: motown » 16 maja 2014, 19:58

Robert007Lenert pisze:Broker T. And M.G.s – Green Onions

Booker, nie "Broker". Gdzieniegdzie literówki, ale poza tym spoko. Fajne płyty i recenzje ;]
Pay for that motherfucker record

The Motown Sound™

blackholesun
Posty: 584
Rejestracja: 21 wrz 2013, 19:20

Re: Recenzje

Postautor: blackholesun » 16 maja 2014, 20:00

.
Ostatnio zmieniony 21 maja 2016, 12:21 przez blackholesun, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Re: Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 17 maja 2014, 01:08

motown pisze:
Robert007Lenert pisze:Broker T. And M.G.s – Green Onions

Booker, nie "Broker". Gdzieniegdzie literówki, ale poza tym spoko. Fajne płyty i recenzje ;]

Upsss... już poprawiam.

Awatar użytkownika
Robert007Lenert
Posty: 1521
Rejestracja: 23 lis 2011, 12:49

Recenzje

Postautor: Robert007Lenert » 17 maja 2014, 01:33

Ry Cooder „Election Special”

Ry Cooder od lat należy do artystów wielce mnie intrygujących. Nie chodzi tutaj o bezkrytyczne uwielbienie jego sztuki, ale właśnie o jakąś magnetyczną siłę jego muzyki, która nie pozwala mi być obojętnym. Jedno z noszych dzieł Coodera nie po raz pierwszy w historii jego dokonań ma znaczący aspekt polityczny. Politykę pozostawię jednak specom od polityki i skoncentruje się na zawartości dźwiękowej najnowszej płyty. Americana to termin najlepiej oddający zawartość albumu. Mamy tutaj znakomite stylizacje bluesowe, folk-rockowe piosenki, lekki powiew country, szczyptę tex-mex czy lekko futurystyczne blues-rockery. Wszystko podane w sposób perfekcyjny z wielka dbałością o najmniejsze detale. Ry Cooder jest arcymistrzem w grze na wszelkich gitaro podobnych instrumentach strunowych i oczywiście na „Election Special” nie pozostawia cienia wątpliwości co do swojej wirtuozerii. Różne rodzaje gitar, bas, mandolina w rekach mistrza wsparte znakomitym fundamentem rytmicznym perkusisty Joachima Coodera ( syn gitarzysty) tworzą perełkowe , misterne aranżacje . Tutaj nie ma przypadków, wszystko jest znakomicie zaplanowane. Dziewięć autorskich kompozycji Ry Coodera układa się na tej płycie w pełną dramatyzmu i piękna na wskroś amerykańską muzyczną opowieść. Wielowarstwowość muzyki sprawia ,że z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam kolejne smaczki, kolejne klejnoty dźwięków, które co raz wypływają na powierzchnię. „Election Special” to kolejny dowód na niespożytą moc twórcza jednookiego artysty, artysty, który nie odcina kuponów od sławy. Artysty który ma to Coś do powiedzenia.
Robert Lenert


Wróć do „Pop/Rock”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Common Crawl [Crawler] i 0 gości