The Doors

Awatar użytkownika
Tarkus
Posty: 688
Rejestracja: 22 paź 2011, 22:42
Lokalizacja: Olkusz

Re: The Doors

Postautor: Tarkus » 19 sty 2016, 18:53

kijek pisze:A co wy sądzicie o ich koncertowej spuściźnie?

Prawda jest taka, że większość koncertowych nagrań The Doors - poza takimi wyjątkami, jak Hollywood Bowl - pochodzi z lat 1969-70 po prostu dlatego, że wtedy nagrywali materiał na "Absolutely Live". Stąd bierze się powtarzalność repertuaru i... podobieństwo wykonań.
"Absolutely Live" po raz pierwszy usłyszałem znając już wszystkie studyjne płyty "klasycznego" składu The Doors. I muszę się przyznać, że byłem trochę zawiedziony. W warunkach studyjnych Doorsi potrafili zachować równowagę między żywiołowością a swoją specyficzną, trochę europejską elegancją. Jeszcze więcej owej tajemniczej nastrojowości, wręcz swoistego misterium, spodziewałem się po płycie live. Tymczasem przekonałem się, że równowaga, o której wspomniałem wyżej, na estradzie została zachwiana. Wszyscy czterej muzycy, szczególnie wokalista, szli "na krzyk", co niestety w wielu przypadkach odbierało materiałowi nastrojowość, czyniąc go męczącym w dużej dawce (choć z pozoru bardziej "rockowym"). Podejrzewam, że "winowajcą" mógł być alkohol, ale sporo tego zapewne brało się też z odruchowego "przekrzykiwania" odsłuchów i "tyłów".
Dlaczego pewnych utworów, skądinąd znakomitych, nie ma lub prawie nie ma na płytach live? Mam parę hipotez. Myślę, że działo się tak z kilku powodów. Pierwsza sprawa: w czasie, z którego pochodzi większość nagrań koncertowych, starsze utwory mogły po prostu wypaść z programu, bo muzycy zwyczajnie mieli dosyć grania ich raz za razem. Niektórych mogli w ogóle nie wykonywać na koncertach, bo... publiczność źle na nie reagowała.Pamiętajmy, że ówcześni fani zespołu w swej masie różnili się na niekorzyść od dzisiejszych. Owszem, z pewnością były wśród nich też osoby nastawione intelektualnie, które zastanawiały się nad tekstami, uważnie słuchały aranżu i chętnie pogadałyby sobie z (trzeźwym) Jimem o Blake'u i Rimbaudzie, a z całym zespołem - o Milesie Davisie i Coltrane'ie. Dominowała jednak rozkrzyczana masa, nastawiona na rozrywkę, chcąca poklaskać przy "Light My Fire", oraz oczywiście panienki ekscytujące się muzykami (szczególnie wokalistą). Last but not least - niektóre kompozycje mogły też nastręczać problemy przy wykonywaniu na żywo, bo np. nie było na estradzie basisty, nie było sekcji dęciaków lub smyczków, nie było pod ręką mooga (w tamtych czasach mającego wielkość niedużej szafy), fortepianu, jeden muzyk nie mógł zagrać na dwóch instrumentach itp. Była tylko gitara elektryczna, organy, klawiszowy bas Fendera, zestaw perkusyjny i jeden wokalista.
Ze znanych mi koncertów The Doors najwyżej, obok "Hollywood Bowl", stawiam wykonania nowojorskie. Być może po prostu muzycy byli względnie trzeźwi, ;) poważnie mówiąc stawiałbym na interakcję z nowojorską publicznością (zdaniem wielu artystów "najlepszą na świecie"), być może również na akustykę miejsca koncertu. Niestety, nie mam albumu z Detroit (ponoć świetnego), a z Bostonu - tylko jako "przegrywkę" CD-R.
Słucham winyli. Słucham kompaktów. Słucham kaset. Po prostu kocham MUZYKĘ.

Fundacja Kultury AFRONT http://afront.org.pl/

Awatar użytkownika
kijek
Posty: 148
Rejestracja: 10 sty 2016, 15:42
Gramofon: Pioneer PL-112D

The Doors

Postautor: kijek » 19 sty 2016, 23:10

Tak naprawdę Aquariusy były nagrywane z myślą o albumie koncertowym. I na tym chyba mogli poprzestać. Dla mnie niemal nie ma różnic między tymi nagraniami, a Absolutely Live. Nawet, gdy byłem wielkim fanem zespołu (dzień w dzień przez trzy lata w głośnikach leciało tylko The Doors), to nie byłem w stanie przesłuchać w całości żadnej koncertówki... Dla mnie ich brzmienie jest strasznie puste, odizolowane i rozmemłane. Jedyny wyjątek to nagrania z klubu Matrix, które mają w sobie to coś. W nich można poczuć magię tego zespołu. Przynajmniej ja mam takie odczucia.
Co do repertuaru, to w latach 1969-1970 grali już chyba jedynie to, co zostało przyjęte przez publiczność. Jak się tak dłużej zastanowić, to ni cholery, nie dziwię się wydarzeniom z Miami. Ile można grać w kółko te same utwory, które zresztą nie należą do najbardziej lotnych? Tylko czasami zdarzały się przebłyski jak The Spy w Bostonie lub improwizacje tu i ówdzie.
Co do technicznych trudności przy wykonywaniu niektórych utworów, to nie widzę większych przeszkód. Moog nie byłby do niczego potrzebny, gdyż został użyty wyłącznie w utworze Strange Days, gdzie Jim na nim "grał" w trakcie śpiewania (o ile w ogóle tak było...). Basista? Raczej żaden problem, gdyż na niektórych koncertach z końcowego okresu byli przez takiego wspierani. Incydentalnie Robby grał na basie (wówczas na gitarze zastępował go Ray, w Vancouver gitarę "obsługiwał" Albert King). Zastanawiające jest także to, jak mało utworów granych techniką slide było wykonywanych na koncertach. Chyba jedynym technicznymi problemami podczas koncertów były organy Vox Continental produkowane do bodajże roku 1966, w których manuał podobno sprawiał problemy. Jeszcze w 1967 zastąpili je Gibsonem G-101, którego brzmienie wywołuje u mnie odruch wymiotny. Potem Continentala użyli już chyba tylko przy nagraniach The Soft Parade dla telewizji. Wówczas użyto modelu z 1969 roku z plastikowym manuałem.
Jeśli zaś o Detroit chodzi, to jedynym co ma do zaoferowania, jest Dead Cats, Dead Rats (w ogóle ktoś wie, skąd ten utwór się wziął? Wykonali go tylko raz, tylko w Detroid), oraz o dziwo Light My Fire przez wzgląd na całkiem przyjemny pasaż instrumentalny i monolog.
Pioneer PL-112D (Shure M75ED) -> Kenwood KR-5200 -> Grado SR60e
Moja skromna kolekcja

Awatar użytkownika
kijek
Posty: 148
Rejestracja: 10 sty 2016, 15:42
Gramofon: Pioneer PL-112D

Re: The Doors

Postautor: kijek » 24 gru 2016, 23:54

Może to niezbyt ładne - pisać post pod postem. Jednak chyba warto byłoby napisać coś w związku wydanym osiem dni temu "London Fog" - najstarszym zarejestrowanym koncertem zespołu. Owe wydarzenie miało miejsce w maju 1966 roku, czyli siedem miesięcy przed nagraniem pierwszego longpleja.
Prawdę mówiąc, owe wydawnictwo całkiem przypadkiem trafiło do mojej kolekcji. Będąc dziś w Saturnie, rzuciła mi się w oczy brzydka, tekturowa paczka, wyglądająca na jakiś box. Zaintrygowała mnie jednak na tyle, by dostrzec na niej napis „London Fog”. Chwilę później ściskałem ją z całych sił w rękach, na wypadek gdyby ktoś chciał mi ją wyrwać :D
Gdy tylko wróciłem do domu, pospiesznie zdjąłem buty, zrzuciłem kurtkę i zabrałem się za otwieranie opakowania. Ze środka wyłoniło się pudełko stylizowane na karton, w którym znajdowały się taśmy z nagraniem.
Wewnątrz pudełka, znajdziemy całkiem pokaźny zestaw kolekcjonerskich przedmiotów. Przy moich umiejętnościach literackich, ciężko byłoby opisać je w jednym, spójnym ciągu. Stąd pozwolę sobie poświęcić każdemu z nich osobny punkt.
1. Wydrukowana na pomiętym papierze o wysokiej gramaturze set lista, spisana przez Johna Densmore’a.
2. Plakat z nocy filmowej w UCLA – Conflict – an evening of student films. Jako pierwszy punkt programu, wymieniono 13-minutowy film „Call It Collage ‘66”, którego ścieżkę dźwiękową tworzyła m. in. muzyka The Doors.
3. Wspomnienia Nettie Peña – dziewczyny, która na prośbę Jima, zarejestrowała to wydarzenia na taśmie.
4. Koperta z pięcioma zdjęciami z koncertu. Fotografie autorstwa Nettie Peña.
5. Pocztówka – biały napis "THE DOORS (BAND from VENICE) with Rhonda Layne go-go girl" na czerwonym tle. Podobno sama Rhonda, która była największą atrakcją wieczoru, nie radziła sobie z tańcem do „The End”. Zresztą John to samo mówił o tancerkach z Whisky a Go-Go. Tylko… no jak tu tańczyć do „The End”? Swoją drogą zespół został wyrzucony z klubu, ponieważ nie pasował do niego stylistycznie.
6. Klubowa podkładka pod piwo. Pierwowzór mógł pochodzić ze spuścizny po Pameli Courson – na rewersie znajduje się jej podpis i rozmazany numer – jak mniemam telefonu.
7. Płyta CD. Jest ona stylizowana na szpulę z zapisem występu. Podobnie jak kartonowa okładka, identyczna z pudełkiem na szpulę, na której został zarejestrowany koncert.
7a. Wewnątrz opakowania na płytę CD, znajduje się książeczka, w której Peña wspomina m. in. o zagubieniu drugiej taśmy z koncertu, na której zarejestrowała "The End" :evil: Ponadto mamy tu parę słów Ronnie Haran Mellen - dziewczyny, która wprowadziła The Doors do Whisky a Go-Go.
8. W końcu, na samym dnie pudełka – gwóźdź programu – 10-calowa, 90-gramowa czarna płyta z zapisem koncertu.
Według słów Johna Densmore'a, zabrakło tu tylko kawałka zamoczonego w piwie dywanu :) Warto również wspomnieć o adresie klubu i numerze telefonu, zapisanym na dnie pudełka. Polecam zadzwonić pod ten numer :)
Prawdę mówiąc, jakość nagrań bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałem się, że w najlepszym wypadku będzie to coś pokroju „Live at the Matrix”. Byłem jednak w błędzie, bowiem jakość nagrań jest całkiem zadowalająca. Jest to o tyle dziwne, że „Live at the Matrix” było nagrywane z konsolety, a „London Fog” to totalnie amatorskie nagranie z widowni.
Na albumie znajdziemy siedem nagrań.
1. Rock Me
2. Baby Please Don’t Go
3. You Make Me Real
4. Don’t Fight It
5. Hoochie Coochie Man
6. Strange Days
7. Lucille
Przeciętny odbiorca, będzie kojarzył tylko dwa utwory – „Strange Days” z albumu o tym samym tytule, oraz „You Make Me Real” z „Morrison Hotel”. Dwa tytuły – „Rock Me” i „Baby Please Don’t Go” były utworami granymi na niemal wszystkich koncertach zespołu. Reszta – „Don’t Fight It”, „Hoockie Coochie Man” i „Lucille” to utwory dotąd nieznane.
Wszystkie zawarte tu kompozycje są wyjątkowo ciekawe. Szczególnie, iż sekcja rytmiczna składa się wyłącznie z perkusji. Ray Manzarek nie posiadał jeszcze wówczas Fender Rhodes Piano Bass, a zespół nigdy nie chciał w składzie basisty, twierdząc iż brzmi wówczas jak The Rolling Stones. Choć nie przeszkadzało to w korzystaniu z muzyków sesyjnych na potrzeby albumów studyjnych.
I to tyle co mogę powiedzieć. Pozycja raczej dla psychofanów zespołu, których powinna ucieszyć wiadomość, iż przyszły rok (50-lecie wydania pierwszego longpleja zespołu) będzie obfitował w nowe wydawnictwa. Oby tylko znalazła się szpula z „The End” :)
Ostatnio zmieniony 25 gru 2016, 14:13 przez kijek, łącznie zmieniany 3 razy.
Pioneer PL-112D (Shure M75ED) -> Kenwood KR-5200 -> Grado SR60e
Moja skromna kolekcja

Awatar użytkownika
darkman
Posty: 3777
Rejestracja: 02 paź 2015, 09:23
Gramofon: Cielęcina v.2.0

Re: The Doors

Postautor: darkman » 25 gru 2016, 12:44

Fajne wydanie. Dzięki za recenzję. Sporo gadgetów faktycznie kolekcjonerskich 'mocno', ale moim zdaniem Doors warto mieć każdy oddech Morrisona.

Swoją drogą taśma/opakowanie, itd.. dobry pomysł na pokazanie zagadnienia tzw "recorderów i audience tape".
Bird & Miles Lives!
Sony PS-X60, Nuda Dual Mono MM-MC, Saba PSP 350, Cambridge Audio Azur 540p, Step-Up MC Sony HA-T10

Awatar użytkownika
kijek
Posty: 148
Rejestracja: 10 sty 2016, 15:42
Gramofon: Pioneer PL-112D

Re: The Doors

Postautor: kijek » 25 gru 2016, 14:10

Poprawiłem troszkę tą nędzną recenzję i dodałem parę słów. Swoją drogą będę musiał Cię, drogi darkmanie, pomęczyć o te Dorsze w folii, co je masz na sprzedaż :)
Pioneer PL-112D (Shure M75ED) -> Kenwood KR-5200 -> Grado SR60e
Moja skromna kolekcja

Awatar użytkownika
darkman
Posty: 3777
Rejestracja: 02 paź 2015, 09:23
Gramofon: Cielęcina v.2.0

Re: The Doors

Postautor: darkman » 25 gru 2016, 16:13

Już owa Pena mogła nie wspominać o zagubieniu The End. Tylko mnie fqrzyła. :doh: :?
Jeśli nagrywała na szpulę i via dobry/e mikrofony, to w zależności od miejsca i sąsiadów jakość mogła być już przed obróbką bardzo przyzwoita.
Gorzej jak recorder ma złe miejsce i jeszcze głośne otoczenie widowni bezpośredniej.
Natomiast soundboardy i broadcasty FM w zasadzie są zwykle bez ryzyka.

Swoją drogą kiedyś nagrywając Jimi Smitha, miałem mikrofon stereo wpięty do kieszonki piersiowej kurtki i mimo, że jeszcze robiłem zdjęcia z monopodu to audience tape wyszło całkiem spoko po najzwyklejszej, domowej obróbce w audiacity. Wydaje się, że najważniejsza jest sprawa najbliższego otoczenia i miejsca w środku sali. Benedetti gdy nagrywał Birda, zawsze siedział w pierwszym rzędzie(lub stoliku). Niestety wyłączał magnetofon gdy Parker nie grał. To on zresztą jest autorem słynnego powiedzenia o oddechu, które zacytowałem niejako w odniesieniu do Jima.
Bird & Miles Lives!
Sony PS-X60, Nuda Dual Mono MM-MC, Saba PSP 350, Cambridge Audio Azur 540p, Step-Up MC Sony HA-T10


Wróć do „Pop/Rock”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Common Crawl [Crawler] i 1 gość